Pozytywne myślenie nie zwalnia z myślenia!

Jesteś zagorzałą fanką minimalizmu, zdrowego trybu życia albo lekkiej diety? Do jakiego stopnia? Każda przesada to znak zagubienia i utraty sensu. Sprawdź, czy ciebie to nie dotyczy.

Fot. Unsplash

– A gdzie jest Jezus? – zapytała mama rozglądając się po moim pięknym, ascetycznym mieszkaniu. Zrozumiałam, że chodzi jej o obraz „Jezus błogosławi żniwiarzom”. – W pawlaczu. Wiesz, że lubię puste ściany – odpowiedziałam i byłam pewna, że czeka mnie kolejna trudna rozmowa na temat mody na minimalizm, w którą wkręciłam się kilka lat temu. Przyznaję, uwielbiałam kupować. Początkowo, mąż i syn z niedowierzaniem i rozbawieniem patrzyli, jak wyrzucam kolejne rzeczy. Potem nie było im już tak wesoło, bo wprowadziłam zakaz gadżetomanii oraz obowiązek nieprzywiązywania się do przedmiotów, czemu dałam ofiarny przykład oddając do Caritasu moją kolekcję starych lalek.

Ale rodzina nie zamierzała żyć w konsumenckim oświeceniu. Zaczęły się konflikty. A to coś bardzo ważnego im wyrzuciłam, albo nie pozwalam czegoś kupić. Mąż narzeka, że nadzoruję jego zakupy. Dzieciak chciałby mieć w pokoju przytulny bałagan. Przyjaciele obrażeni, bo przyszli z wazonem, a tu pani domu niezadowolona z prezentu. I nagle hasło: „Mniej, znaczy więcej” zabrzmiało ironicznie. Mniej przedmiotów, ale więcej kłopotów. Moje życie miało się uprościć, a tymczasem niebezpiecznie komplikuje się – opowiada Ola, 36 lat.

Wszystko może stać się nałogowe, również dążenie do zdrowego i lepszego życia.

Mnóstwo osób ma obsesję na punkcie nieustannego ulepszania i zmieniania swojego życia. Często motywuje ich nie pragnienie zmiany, ale zagłuszenie przeróżnych lęków.

Ola wyrzuca z domu niepotrzebne przedmioty, ale mam wrażenie, że ciągle nie może dokopać się do swoich emocji. Porządkowanie otoczenia skutecznie odciąga ją od zrobienia porządków w emocjach. Nałogowe kupowanie zastąpiła innym uzależnieniem: kultem minimalizmu.

Ascetyczny tryb życia nie wydaje się być w tym przypadku naturalnym wyborem. Bardziej podchwyceniem mody, która jednocześnie załatwia nam neurotyczne pragnienie: Skoro nie mogę kontrolować całego świata, to będę sprawowała nadzór nad rzeczami w domu.

Przecież łatwiej wyrzucić rzecz do kosza, niż złe emocje z głowy. A odmowa kupienia sobie czegoś staje się przewrotnym środkiem poprawiającym nastrój i poczucie własnej wartości. I dlatego uzależnia. I tak oto, czy Ola ciągle kupuje, czy nieustannie odmawia sobie wszystkiego, to tkwi w jakimś chronicznym braku umiaru, a to nie pozwala jej żyć spontanicznie i harmonijnie. Bez popadania ze skrajności w skrajność.

WARTO PRZECZYTAĆ: „Mówię sobie: No i czego ty się znowu , dziecko boisz? Litości! Radości!”

Z punktu widzenia psychologa, nie ma różnicy w tym, czy posiadamy tylko 99 rzeczy, jak chcą ortodoksi minimalizmu, czy mieszkamy w domu pełnym bibelotów i pamiątek. Ilość przedmiotów nie ma działania trwale terapeutycznego.

Oczyszczenie otoczenia pomaga rozpocząć nowy etap, ale nie rozwiąże problemów, nie uwolni od traumy, niewłaściwych sposobów myślenia czy reagowania.

Co za dużo, to niezdrowo, mawiały nasze babki.

Samodyscyplina w czynieniu dobra nie zawsze wychodzi na dobre. Nie przesadzaj z przesadą. W żadną stronę. Czasami warto odpuścić. Pozwolić sobie na przyjemność. Nie terroryzować otoczenia swoim dobrymi intencjami.

Warto się zmieniać, ale dobrze przy tym zachować uważność.

Co jakiś czas sprawdzać, gdzie mnie ta nowa filozofia prowadzi? Jak wpłynęła na moje macierzyństwo, małżeństwo, przyjaźnie? Czy wzbogaca mnie, rozwija, dopełnia, a może jest ucieczką od siebie. Rozwija, czy zamyka w nałogowym przestrzeganiu jej reguł?

Kiedy brakuje umiaru, to brakuje również troski o siebie.

Dbałości o swoje potrzeby, również te duchowe, które jak deklaruje Ola, były dla niej bardzo ważne.

I znowu powraca pytanie matki Oli: A gdzie jest Jezus? Tym razem w wymiarze symbolicznym.

Może został przez nieuwagę wyrzucony z życia Oli w trakcie kolejnych porządków?

Przesada jest znakiem utraty sensu.

Przesada jest sygnałem, że może zagubiłam się. Nie wiem, kim jestem. A przecież z pewnością jestem kimś więcej niż wyznawczynią sztuki minimalizmu. Może noszę w sobie jakiś nierozwiązany problem. Czuję się osierocona, zraniona i boję się skonfrontować z tymi bolesnymi uczuciami. Dlatego chowam się za modą. Żyję trendy, ale naśladowczo, brakuje mi naturalnej lekkości i swobody.

Pamiętam wiele rozmów ze smutnymi kobietami, które codziennie biegają na siłownię ciągle deklarując, że ćwiczenia fizyczne uwalniają endorfiny, hormony szczęścia. I czasami dopiero po wielu latach biegania na bieżni rozumieją, że uciekają od siebie.

Znam kobiety z rozpoznaną ortoreksją, czyli obsesją na punkcie ekologicznego odżywiania. Ślepa pogoń za niezmodyfikowanymi genetycznie produktami groźnie zmodyfikowała ich życie. Cel był szczytny, troska o zdrowie, ale sposób realizacji tego zadania sprawił, że wszystko zaczęło kręcić się dookoła jedzenia, a świat skurczył się do rozmiaru talerza.

WARTO PRZECZYTAĆ: „Czarne myśli? Spokojnie, miną…”

Ciało to świątynia, stwierdziła jedna z nich, nie można go zaśmiecać. Zgoda, ale jej wiara w bio-produkty była tak wielka, że nawet zdrowy rozsądek się nie przebije. Brak umiaru w stosowaniu diety eliminacyjnej spowodowały u tej czterdziestolatki przedwczesną osteoporozę, problemy z układem odpornościowym, a rygorystyczny tryb funkcjonowania sprawił, że straciła kontakt z rodziną.

U wszystkich tych kobiet wyczuwałam silnie dopingujący optymizm, że droga, którą wybrały jest słuszna. Dopiero moment kryzysu: problemy małżeńskie, rodzicielskie, utrata przyjaciół, powodowały, że zaczynały żyć bardziej harmonijnie.W swoim rytmie, a nie według gotowych receptur. Przyglądać się swoim emocjom, a nie testować na sobie kolejne recepty na szczęście.

Wiara w słuszność obranej drogi to cenna rzecz. Zwolenniczkom pozytywnego myślenia jest lżej, ale pod warunkiem, że nie zwalniają się z myślenia.

WARTO PRZECZYTAĆ: „6 rzeczy, których możemy nauczyć się od ludzi sukcesu”

– Po wyjściu mamy, wbiłam gwóźdź i ponownie zawiesiłam obraz z Jezusem nad stołem, w którym rodzinnie jadamy – mówi Ola. – Chyba w ostatnich latach trochę się pogubiłam. Miałam bliższe relacje z przedmiotami, niż z Bogiem. Chodziłam do kościoła, modliłam się, ochrzciłam syna, ale gdzieś się zagubiła ta moja dawna żarliwość? Ten nasłuch na to, co Jezus chce mi powiedzieć. A przecież, wiara zawsze dodawała mi sił. Kiedy to się stało? W którym momencie zapomniałam o czymś, co zawsze było dla mnie żywe i istotne? I pomyśleć, że pewnej soboty chciałam tylko odgruzować mieszkanie…

Widzę wzruszenie Oli. Jakiś przypływ emocji, których nie chce już kontrolować. Zawieszenie obrazu może być znakiem, że nadeszła pora wyrównania. Było odejmowanie, teraz jest czas na dodawanie. Na zapełnianie przestrzeni duchowej.

Zyta Rudzka
Zyta Rudzka
Absolwentka psychologii Akademii Teologii Katolickiej. Laureatka Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej za dramat „Zimny Bufet” . Telewizyjna realizacja jej sztuki teatralnej „Cukier Stanik” zdobyła złoty medal na prestiżowym Worldfest Independent Film Festival w Houston. Jej twórczość tłumaczono na niemiecki, rosyjski, angielski, chorwacki, włoski, czeski, francuski i japoński.

Dodaj komentarz: